W Pokazowej Zagrodzie Żubrów Hania już była, ale nie pamiętała nawet wszędobylskiej gęsi (klik). Ja byłam tam tysiąc razy, ale tym razem po raz pierwszy widziałam żubry NAPRAWDĘ na wyciągnięcie ręki. Od naszej ostatniej wizyty stado się rozrosło – dziś oglądać można 6 dorosłych okazów (Plista, Plawiant, Porcja II, Placka, Plessner i Plisar) i dwa maluchy. Wszystkie imiona zaczynają się na PL żeby było jasne, że są to żubry pochodzące z pszczyńskiej linii tych zwierząt. Hania wszystkim dokładnie się przyjrzała – ponieważ spóźniliśmy się na karmienie, spędziliśmy w zagrodzie ponad 2 godziny (no przecież musieliśmy widzieć co te żubry jedzą…).
Europa
Tym razem wracamy do Poznania, o tym mieście pisałam już tu, tu, tu i jeszcze tutaj. Dziś będzie o kolejnej (po rogalowym muzeum) poznańskiej nowości. Gdy tam poszliśmy, muzeum działało kilka tygodni. Oj zdziwiłam się, zdziwiłam! I to NA PLUS! Bardzo mi się podobało, mimo, że czasem nie ogarniałam multimediów (no nie umiałam wysłać do siebie zdjęcia mailem… a tak pięknie wyglądałam w stroju średniowiecznej księżniczki ;p) albo nie słyszałam audioprzewodnika, bo Hania akurat coś mówiła (albo coś się zacinało). Tak naprawdę od tej bramy zaczęliśmy zwiedzanie Poznania. Brama była nie byle jaka.
Poznań to miasto, z którym wiążą się moje bardzo miłe wspomnienia – mieszkałam tam rok, studiowałam to, co naprawdę chciałam, poznałam fajnych ludzi. Zawsze wracam tam z uśmiechem. Tak było też tym razem. Nie przeszkodziły nam nawet niezbyt pomyślne prognozy pogody – jak się okazało nie było aż tak źle i nawet nie korzystaliśmy z planu „B” czyli atrakcji do zobaczenia „pod dachem”.
Zaczynamy nową serię – Hania śladami rodziców to prezentacje miejsc idealnych na rodzinne wyprawy, choć przez nas odwiedzonych w jeszcze w „przeddzieciowych” czasach 🙂 Sami mieliście zdecydować, czy zaczynamy od Polski, czy zagranicy. Wasz wybór padł na te dalsze podróże. No to ZACZYNAMY! 😉
Sztokholm – to był naprawdę spontaniczny wyjazd. Jakimś cudem (pisałam już kiedyś, że ogólnie mam w życiu farta?) dostałam darmowe bilety na prom i z dnia na dzień się zdecydowaliśmy. Wyprawa spontaniczna, to i z założenia niskobudżetowa (jeśli tak można nazwać trasę Rybnik-Trójmiasto samochodem ;P).
Wypływaliśmy z Gdańska, przy okazji więc spędziliśmy trochę czasu w Trójmieście. Teraz te same miejsca odwiedzamy z Hanią. Podróż promem była długa, no ale darowanemu koniowi…
Do samego Sztokholmu dotarliśmy pociągiem. Od początku byliśmy mile zaskoczeni – serdecznością ludzi, tym, że wszyscy mówią po angielsku, w końcu (to bardziej ja, takie już zboczenie zawodowe ;p) – organizacją informacji turystycznej, której pracownik polecił nam tani nocleg (szkoda tylko, że ten „tani” nocleg stanowił połowę naszego budżetu, za to spaliśmy… na łodzi ;p).
Zobaczyliśmy też pałac królewski Tre Kronor (Trzy Korony). Do dziś jest on wykorzystywany przez szwedzką rodzinę królewską.
No ale przecież miało być o atrakcjach dla dzieci (jak widać dorosły bez dziecka też się na nie skusi ;P)! Jak się okazuje stolica Szwecji ma ich całkiem sporo 😉 My najpierw poszliśmy do Sparvagsmuseet, czyli do Muzeum Transportu. Można tam zobaczyć stare wagony – kolejowe, tramwajowe, samochody, w tym np. strażackie. Co ważne, do wielu pojazdów można wejść (tego mi brakuje w naszych muzeach, m. in. w teoretycznie wprost stworzonym dla dzieci Centralnym Muzeum Pożarnictwa w Mysłowicach). Można też zmierzyć się z symulatorem jazdy autobusem ;p
Muzeum Transportu jest połączone z Muzeum Zabawek (jeden bilet, a właściwie zabawki w cenie biletu „transportowego”). W gablotach jest tam mnóstwo zabawek – od pluszaków, poprzez składane modele samolotów i statków, aż po setki Smerfów. Oj można tam sobie przypomnieć o swoich przyjaciołach z dzieciństwa 😉
Jednak prawdziwym rajem dla dzieci jest Wyspa Djurgarden – to dawne tereny łowieckie króla Szwecji, które dziś pełnią rolę wielkiego miejskiego parku narodowego. Już płynąc na nią promem (trochę kropiło, więc zrezygnowaliśmy ze spaceru, choć to blisko centrum Sztokholmu) zauważyliśmy wielki lunapark.
Nie planowaliśmy tam odwiedzin (szczególnie, gdy zobaczyliśmy ceny biletów wstępu), ale jednak się skusiliśmy (taaa… a potem 2 dni w Sztokholmie o chlebie i wodzie były ;)). Furorę robi tam wielki rollercoaster. Wjeżdża się tam na wysokość 80 m a potem… spada na dół (prawie w pionie) z prędkością nawet 100 km na godzinę! Bajer 😉 O tak sobie można upaść na głowę 😉
Na wyspę popłynęliśmy jednak nie z powodu lunaparku, a czegoś na pierwszy rzut oko mało dziecięcego – chcieliśmy zobaczyć Vasamuseet, który jest chyba największą muzealną atrakcją Sztokholmu. W muzeum tak naprawdę jest jeden „eksponat”. Ale za to jaki!!! Vasa to wielki okręt wojenny, który zatonął w XVII w. tuż po wypłynięciu z portu (płynął na wojnę z Polską!). Po ponad 300 latach został w całości wyciągnięty (w doskonałym stanie) i trafił do muzeum. Ogromny statek (62 m długości i 50 m wysokości) można oglądać z kilku poziomów. W muzealnej hali zobaczyć też można wiele wyjętych z galeonu przedmiotów oraz dokładny model statku. Jeśli ktoś ma więcej czasu (my tam spędziliśmy chyba z 3 godziny) to w osobnej salce do zobaczenia jest kilka filmów m. in. z akcji wydobywania galeonu z morza. Jestem przekonana, że w tym muzeum dzieciom bardzo się podoba (zresztą było to widać po minach najmniejszych turystów, Hanka byłaby zachwycona, mimo panującego tam półmroku).
Przepraszam za fatalną jakość zdjęć, ale były robione w ciemności i w dodatku baaaardzo starym telefonem ;p
Wspomniany model galeonu:
* * *
Jeśli wybierzemy się do Sztokholmu z Hanią i Hubertem to z pewnością na Djurgarden spędzimy sporo czasu. Oprócz wspomnianych wyżej atrakcji warte odwiedzenia są Skansen na świeżym powietrzu czy Junibacken – magiczny dom bajek, w którym można spotkać Pippi Langstrump (jest tam też teatr, w którym codziennie są przedstawienia dla dzieci).
W końcu się udało! Wybraliśmy się do Krakowa! „Wybieranie się” trwało… równy rok. Tak, wystawa szopek krakowskich to była nasz plan na styczeń 2013 r. Wtedy się nie udało. W ogóle zawsze, gdy już byliśmy prawie spakowani coś się działo. W końcu jednak krakowskie fatum zostało przełamane i zobaczyliśmy słynne szopki. I smoka, oczywiście.




